Potykam
się. Wstaję. Kolana pokryte ranami, krew spływa z odrapanych łokci. Mówią – nie
poddawaj się. Czasami jednak zepsujesz coś na własne życzenie. Co wtedy? Co, jeśli nie
potrafisz już tego naprawić? Coraz więcej konsekwencji, coraz silniejszy stres
i ogrom zmartwień. Niekompetencja i brak orientacji we wszechświecie. Wątpliwe
szanse na zwycięstwo. Kamufluję się, chowam, uciekam przed odpowiedzialnością
znów. Uległam uszkodzeniu. Chwiejnym krokiem podążam przez życie. Raz lepiej, raz
gorzej. To skoczyć chcę w przepaść, to pofrunąć ku obłokom. Aktualnie powietrze
jest zbyt ciężkostrawne. Otwieram umysł, chciałabym go przetrzeć jak oczy,
które patrzą z niedowierzaniem. Sama siebie bałamucę, otumaniam i wypaczam. Po
raz kolejny przekraczam granice. Myśli mało wydajne, refleksje bez fantazji i
polotu. Niedobór animuszu. Osuwam się na chłodną
ziemię. Patrzę w niebo obojętnym wzrokiem. Odrętwiałe kończyny odmawiają posłuszeństwa.Dlaczego nie ma pigułki na gorliwość?
Gehenna. Pomóż mi wstać. Podaj mi swoją dłoń. Wskaż mi drogę, którą mogłabym
pójść. Taką bez kamieni i wystających z ziemi korzeni. Poluję na błogostan. Na
razie bitwa toczy się w mojej głowie. Utknęłam na mieliźnie.